Choroba?- nieproszony gość, który wchodzi nie pytając czy może i jak długo zostanie, jakie są jego zamiary pojawienia się tak nie oczekiwanie

Tak właśnie zaczęła się moja historia… tylko każda historia ma jakiś koniec, a moja zdaje się nie mieć końca.

Mam na Imię Dorota i mam 50 lat. Stwardnienie Rozsiane zagościło u mnie w 1997 roku i zostało do dziś. Jestem matką trójki dzieci, które niestety będąc jeszcze tak małe musiały poznać, z czym będę walczyć, bo przecież to one są do dnia dzisiejszego bateriami, które mnie ładują by móc zmagać się moim nieproszonym "gościem".

Pierwsze objawy, które dały mi sygnał, że jest coś nie tak to było zapalenie nerwu wzrokowego, wizyta u lekarza robiąc podstawowe badani niczego nie wykazały. Kolejnym krokiem była wizyta u doktora (Selmaj) Centrum Neurologii w Łodzi i wtedy padła diagnoza STWARDNIENIE ROZSIANE.

Co dalej? Leczenie, tylko, jakie, przecież to nie uleczalna choroba. Zamysł, że mogłoby być jeszcze gorzej, że choroba będzie postępować, (chociaż wcale nie musi przecież każdy przechodzi tą chorobę inaczej, każdy ma innym organizm) , niestety zaczęła i to ze zdwojoną siłą. Przystąpiłam do programu lekiem betaferon niestety po 5 latach brania leku nie było żadnej poprawy i przestano mi lek refundować. Kolejnym krokiem był lek mitoxantron, który po 2 latach brania też nie przyniósł pożądanego efektu. Po każdym programie lekowym choroba postępowała ze wzmożoną siłą. W tej chwili poruszam się przy balkoniku, w odległości 20-30m muszę się zatrzymać i odpocząć, doskwierają mi bóle kręgosłupa nóg i ogólna utrata równowagi, mam niedowład kończyn dolnych i całej lewej strony ciała. Jedyne, co teraz może mi pomóc to intensywna rehabilitacja i zbiór dużej ilości witamin wspomagających mój organizm.

Pragnę abyście mnie Państwo dobrem uraczyli i 1% PODATKU na mnie przeznaczyli.